środa, 23 kwietnia 2014

Siódme urodziny Arturka, Wielkanoc, tort pszczółki i wiatr

 
 
 
Dzień urodzin Arturka przypadł w tym roku na sobotę wielkanocną.
 
Siódme urodziny... nasze Słoneczko jest już takie duże...
Jaki jest nasz siedmiolatek?
Arturek to chodzący spokój - choć chyba powinnam raczej powiedzieć: harmonia, równowaga. Spokój bilansuje domieszką szaleństwa i zamiłowania do zabawy, zwłaszcza z siostrą. Śmieje się tak, że cały świat się śmieje. Zanim coś zrobi zawsze myśli o innych.
Uwielbia klocki Lego i czekoladę bez dodatków.
Ma niezwykły dar obserwacji i fenomenalną pamięć. Te zdolności przekładają się na niebywały talent do rysowania. Ale też umiejętność sprawiania innym radości. Wie co kto lubi, co jest dla kogoś ważne, pamięta wiele szczegółów z naszego wspólnego życia. Przy tym wszystkim często mówi mi, że już nie pamięta bo wie, że gryzę się, gdy z czymś zawalę.
Jest prawdziwym wsparciem. Rośnie na człowieka, na którym zawsze można polegać. Emanuje wewnętrzną siłą i taką jakąś prawością, mądrością. Można słuchać go godzinami a świat wydaje się wtedy takim dobrym bezpiecznym miejscem. Czas z nim spędzony to duża porcja optymizmu i spokoju. A ja mam to codziennie :)))))
 
 
W dniu Jego urodzin wstaliśmy wcześnie, by świtkiem bladym wybrać się do kościoła z koszyczkiem pełnym jajek i innych dóbr :)
 
 
 
 
 
 
Czekało nas dużo pracy. Nawet nie wiedzieliśmy jak dużo.
Wszystko przez wiatr, niesamowity, porywisty.
Burzący szyki.
Planowaliśmy przyjęcie w ogrodzie ale gdy tylko coś ustawiliśmy zaraz lądowało w trawie. I pszczółki z tortu (K. śmiał się, że prawdziwych skrzydeł dostały, ba! śmigieł prawie :)
I babeczki z barankami, i sztućce. Wszystko fruwało po całym ogrodzie.
 
 
Przez ten wiatr nawet jajka szukane przez dzieci trudniej było odnaleźć :)
 
 
 
 
 
 
 
Trzeba było wszystko przenosić do środka.
 
 
 
 
 
 
W tym rzeczone pszczółki, które odtąd miały już banalnie leżeć na torcie. Nuda ... ;))
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Wiatr narobił trochę szkód ale większość udało się uratować. W tym wszystkim K., który nieśpiesznie robił ogórkowy pociąg dla syna, mruczał ze stoickim spokojem, że trzeba było od razu jego słuchać a nie walczyć z żywiołem. A ja z tych walczących niestety ;)
 
Oto i pociąg od Taty dla małego miłośnika kolei :)
 
 
 
 
 
 
Na szczęście ciasteczek dzieci popiekły tyle, że co się wykruszyło, można było zastąpić nowymi :)
 
 
 
 

 
 
 
Te tulipany z rzodkiewek też K. robił :)
Śmiałam się. Nigdy bym nie przypuszczała, że spotkamy się razem z takim zaangażowaniem nad kuchennym blatem - urodzinowy team ;)
 
 
 
 
 
 
 
Dziękujemy Gościom za piękną zabawę, za to, że mogliśmy razem świętować :)
 
 
 
 
 
 
 
Nazajutrz było też świętowanie u Dziadziusia przy wspaniałym wielkanocnym stole a wczorajszy lany poniedziałek zrobiliśmy sobie naprawdę mokry i wesoły :))
 
 
 





 
 
 
Patrząc po pogodzie i niebo miało ochotę na Śmigus Dyngus bo dziś od rana burze i deszcze. 

Wiosna.
Przecież ;)

 
 
 

piątek, 18 kwietnia 2014

Foto-migawki z naszych wielkanocnych przygotowań

 
     Ależ piękna pogoda się zrobiła :) Serce rośnie! O ileż weselej szykuje się świąteczny stół i wielkanocne ozdoby przy takim słońcu :)
 
Buszujemy między kuchnią a ogrodem, dużo jeszcze przed nami ale sporo już gotowe na szczęście :) Ciasta popieczone, Bączki właśnie szykują się do dekoracji kruchych ciasteczek, którymi zapachnili cały dom, przede mną tort dla Arturka i ostatnie zakupy (chcielibyśmy jeszcze gdzieś dokupić białe jajka, by pięknie wyglądały do dekoracji, może się uda ;) Trawa woła o skoszenie wiec pewnie i za kosiarkę się złapię ale godzina jeszcze młoda więc można działać. Życzymy Wam Wesołych Świąt i wszystkiego najmilszego :)









































 











wtorek, 15 kwietnia 2014

Inspiracje wielkanocne i nasze przygotowania



    Tak mi się wydawało, że jeszcze dużo czasu do Świąt a tu zaledwie kilka dni zostało. U nas w tym roku szczególnie dużo dziać się będzie, gdyż w Sobotę Wielkanocną wypadają Arturkowe urodziny i szykujemy przyjęcie połączone z dziecięcym zbieraniem jajek w ogrodzie. Czuję, że będzie wesoło ;) I mam nadzieję - pogoda dopisze i nie trzeba będzie wykopywać jajeczek spod białego puchu jak w zeszłym roku ;)

Tymczasem podglądamy z Lusieńką inspiracje koszyczkowe, bo zamarzył jej się w tym roku koszyczek cały w kwiatach.

Znalazłam w sieci kilka ciekawych pomysłów / my pewnie pomyślimy o czymś na wzór ostatniego po lewej :



 
 
 
 
 
 
 
 
 
 



















Szykujemy też trochę ozdób papierowych - Luluś bardziej tematycznie, Arturek z fantazją :)














 
 
(ten rekin to pożeracz zarazków, bo trochę nas złapały a do soboty trzeba się wykurować :)
 
 
Przed nami jeszcze trochę pracy. Bączki cieszą się oczekiwaniem na dekorowanie jajek i oprócz malowania mają też ochotę na te specjalne stroje poniżej - śmiejemy się, że jajka wyglądają jakby szły na bal karnawałowy :)
 
 
 
 
 



Miłych przygotowań!
Pozdrawiamy :)

niedziela, 13 kwietnia 2014

Ach, te pasje...


    Nigdy nie przestanę się zachwycać ilością i niezwykłością pasji, którymi żyją ludzie. Lubię patrzeć na tych szczęśliwców, którzy trafili na to coś w życiu - źródło niegasnącej namiętności i emocji. Gdy słucham kogoś takiego, zakochanego w swym hobby, to po cichu zazdroszczę - właśnie tego bogactwa doznań i intensywności. Zachwycam się też wiernością wobec hobby - poświęcaniu mu lat, życia czasami. Mimo, iż wiem, że to nie najeleganciej o mnie świadczy - zastanawiam się czasami, czy nie żal im, tym wiernym pasjonatom, że poświęcając całą energię jednej dziedzinie, tracą możliwość oczarowania czymś innym. Życie to trudna sztuka wyboru.

    Myśli me są pod wpływem ostatnich przeżyć. Grzebiąc w ogrodzie, planując zmiany tu i ówdzie, natchnęła mnie wizja połaci żwirkowych. Sięgnęłam do wyszukiwarki i oto co znalazłam: otoczaki, marmurki, grys, piaskowiec, kwarc lodowy. Wybór ogromny.
 
 
 
 
 
 



 


 
Przepadłam. Czytam i znajduję pasjonatów kamieni. Przez przypadek, od strony do strony, od linku do linku. Są ludzie, którzy o swych kamieniach mówią jak o najczulszym partnerze, jak o ukochanym zwierzaku, jak o.. o.. no słów brak. Czytam o kamieniach mających aksamitną powierzchnię, o kamieniach barwy mgły lub gołębiego błękitu, o kamieniach rozświetlonych miękkim światłem, emanujących blaskiem i niewidocznym ciepłem. O kamieniach przyprószonych ochrą, o szarościach zależnych od pory dnia lub fazy księżyca: pełni i nowiu.
 
O rany, gdy pomyślę, że dotąd kamienie były dla mnie albo białe albo szare, to czuję się tak strasznie zwyczajna.
No i tak to pęką czasem balonik rozdętego ego ;)
 
 
 
 











 

 




 
   Ku poprawie humoru nasmażyłam dzieciom naleśników z czekoladą. Wczoraj był Dzień Czekolady, świętujemy sobie zatem cały weekend, wraz z dzisiejszą Niedzielą Palmową. Czekoladowa Niedziela Palmowa - czy to nie brzmi konkurencyjnie wobec ... mlecznego błękitu otoczaków ?
 
:)
 
 
 
 
 
 
 
    Jutro będę dzwonić. Zamówię dwie tony białego grysu i zacznę działać. Kamienie przyjeżdżają w workach 50cio kilowych, razem 40 worków, a że nie powinnam dźwigać więcej niż 2 kilo zatem przede mną tysiąc przebieżek po ogrodzie w miejsce docelowe.
 
 
 
 
 
 
 
   Lato się zbliża a mi żaden więcej fitness nie będzie potrzebny. Poza tym, gdybym tak obrała sobie konsekwentnie jakąś jedną trasę z fantazyjnymi łukami, to po tysiącu kursów zrobi mi się ładna wyrazista ścieżka. No same plusy :))
 
Miłego tygodnia i dużo słońca podczas przygotowań do Wielkanocy!

piątek, 11 kwietnia 2014

Ogrodowe tête-à-tête




   
 
 
 
      Lubię kwiecień. W kwietniu jestem tak zakręcona ogrodniczo, że większość mych myśli zaczyna się lub kończy na cebulkach, nasionach czy innych sadzonkach. To zdecydowanie miesiąc relaksu dla mej głowy, która w innych porach roku przejęta zwykle różnymi zmartwieniami - w kwietniu nie ma na to zbyt wiele czasu. Inna rzecz - Bogu dziękować, że waga tych zmartwień pozwala na to, by je przyćmić ogrodniczą nadzieją: czy sadzonki dojadą całe, czy się przyjmą, czy nie za późno na wysiew słoneczników (moje zawsze kwitną ostatnie we wsi - nikt mi tego nie powiedział ale przecież wiem ;)  Poza tym dumam czy już dość ciepło na nowe krzewy i krzewinki, czy nie zetnie ich mróz-niespodzianka, czy nie za wcześnie na pelargonie, no i czy czerwone, czy może jednak białe. Tym żyję :) Mam miesiąc myślowego relaksu i głowę na urlopie od codzienności.  
 
Mam ochotę śpiewać hymny pochwalne do mych magnolii więc śpiewam. Piję kawę gapiąc się na zielone pąki bzów, czytam książki ogrodnicze i zaśmiewam się z przygód innych początkujących ogrodników (ile bym lat nie spędziła w mym ogrodzie zawsze mam wrażenie, że poziom nawet średniozaawansowany jest jeszcze hen przede mną).
 
 
 
 





 
 
 
    Czytam na przykład coś takiego: "Mam trzy poradniki ogrodowe - angielski, francuski i szwedzki - z żadnego nie mam pożytku. W szwedzkim jest pełno natchnionego pitolenia o kwiatkach, co otwierają modre oczy, stają na przezroczystych nóżkach, mają podniecające wąsy, skręcają się ze wstrętem. Francuski jest po francusku, a angielski od rzeczy. Według angielskiego trzeba czekać całe życie, żeby ogród zaczął wyglądać naturalnie. Pod warunkiem, że w tym czasie człowiek nie zajmuje się niczym innym poza jego pielęgnacją." (Bodil Malmsten Cena wody w Finistere).
 
 Chodzę i się śmieję. Razem z dziećmi, bo im też czytam fragmenty. Uczymy się ogrodu razem. W przerwach jeżdżę do pracy, robię zakupy, sprzątam, a potem znów wymykam się z domu, by babrać się w ziemi, brudzić po pachy i mruczeć pod nosem z radości.
 
Bączki też kwitną razem z roślinkami. Pytają o nazwy, śmieją się z niektórych, a innym znowuż nadają własne - no bo na przykład dlaczego tulipany to nie tulipanie Mamusiu? Nasze będą tulimamy, tulitaty, tuliOle i tuliArturki - dobrze Mamusiu?
 
- dobrze :))
 
 
 
 
 
Miłego weekendu :)
 
 
 
 

niedziela, 6 kwietnia 2014

Nasza wiosna



  Witam ciepło :)
 
  Znikłam na cały miesiąc bo pochłonęła mnie praca. Dużo się działo, wzięłam na siebie więcej niż zwykle zobowiązań ale kwiecień będzie już lepszy i mam nadzieję częściej pisać.
 
  Bączki rosną i cieszą się z wiosny. Za nami zapisy do szkoły wraz z pierwszą zapoznawczą lekcją, która bardzo im się spodobała. Pani również. To takie ważne, te pierwsze wrażenia. Buzie im się śmiały, komentarzom nie było końca. A to Mamusiu, a tamto :)





 
   Niewiele mamy dzieciaków na wsi więc dzieci przedszkolne chodzą razem ze szkolnymi do tego samego budynku - pierwszaki dzielą z przedszkolakami wspólne skrzydło, z osobnym wejściem, kameralne i kolorowe. Ich salka właściwie dopiero powstaje, jest malowana, przygotowywana na salę lekcyjną, będzie miała całkiem nowy sprzęt i ponoć - sporo instrumentów (unijne programy dla małych gmin). Jestem ciekawa, nie mniej niż dzieci. W grupie jest ich garstka. W tym znajome twarze. Oboje będą razem w klasie, pewnie nawet w tej samej ławce. Tak się cieszę, że ten szkolny start łagodny dla nich będzie. 
 
 
    W domu królują zabawy w szkołę. Luluś raz jest nauczycielką, kiedy indziej słucha swego starszego brata, który uczy ją czytać i pisać. Tablicą stała się nasza kuchenko-zmywarka, na której Arturek pisze wyrazy zmywalnym flamastrem a Luluś wybiera magnetyczne literki i dopasowuje je powtarzając na głos. Mam prawdziwych uczniów :)
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Za nami też miła uroczystość z nastrojowym koncertem
 
 
 
 


oraz piękna wycieczka w duchu PKP. Mieliśmy możliwość pozmieniać prawdziwe zwrotnice i rozregulować kolejową sygnalizację świetlną. Wesoło było :)



 
 
 
 
 
 


 
    Domowe życie zakręciło się wokół ogrodu (czasem nawet tutaj odbywają się lekcje - czytankami są na przykład paczuszki z nasionami - cóż za wyborna lektura!). Ja śmigam z kosiarką a oni deptają krecie kopczyki, sadzą poziomki i maciejkę, popisują się na huśtawkach lub grają w piłkę. Dajemy się porozpieszczać wiośnie.







Miłego tygodnia życzymy!


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...