wtorek, 15 kwietnia 2014

Inspiracje wielkanocne i nasze przygotowania



    Tak mi się wydawało, że jeszcze dużo czasu do Świąt a tu zaledwie kilka dni zostało. U nas w tym roku szczególnie dużo dziać się będzie, gdyż w Sobotę Wielkanocną wypadają Arturkowe urodziny i szykujemy przyjęcie połączone z dziecięcym zbieraniem jajek w ogrodzie. Czuję, że będzie wesoło ;) I mam nadzieję - pogoda dopisze i nie trzeba będzie wykopywać jajeczek spod białego puchu jak w zeszłym roku ;)

Tymczasem podglądamy z Lusieńką inspiracje koszyczkowe, bo zamarzył jej się w tym roku koszyczek cały w kwiatach.

Znalazłam w sieci kilka ciekawych pomysłów / my pewnie pomyślimy o czymś na wzór ostatniego po lewej :



 
 
 
 
 
 
 
 
 
 



















Szykujemy też trochę ozdób papierowych - Luluś bardziej tematycznie, Arturek z fantazją :)














 
 
(ten rekin to pożeracz zarazków, bo trochę nas złapały a do soboty trzeba się wykurować :)
 
 
Przed nami jeszcze trochę pracy. Bączki cieszą się oczekiwaniem na dekorowanie jajek i oprócz malowania mają też ochotę na te specjalne stroje poniżej - śmiejemy się, że jajka wyglądają jakby szły na bal karnawałowy :)
 
 
 
 
 



Miłych przygotowań!
Pozdrawiamy :)

niedziela, 13 kwietnia 2014

Ach, te pasje...


    Nigdy nie przestanę się zachwycać ilością i niezwykłością pasji, którymi żyją ludzie. Lubię patrzeć na tych szczęśliwców, którzy trafili na to coś w życiu - źródło niegasnącej namiętności i emocji. Gdy słucham kogoś takiego, zakochanego w swym hobby, to po cichu zazdroszczę - właśnie tego bogactwa doznań i intensywności. Zachwycam się też wiernością wobec hobby - poświęcaniu mu lat, życia czasami. Mimo, iż wiem, że to nie najeleganciej o mnie świadczy - zastanawiam się czasami, czy nie żal im, tym wiernym pasjonatom, że poświęcając całą energię jednej dziedzinie, tracą możliwość oczarowania czymś innym. Życie to trudna sztuka wyboru.

    Myśli me są pod wpływem ostatnich przeżyć. Grzebiąc w ogrodzie, planując zmiany tu i ówdzie, natchnęła mnie wizja połaci żwirkowych. Sięgnęłam do wyszukiwarki i oto co znalazłam: otoczaki, marmurki, grys, piaskowiec, kwarc lodowy. Wybór ogromny.
 
 
 
 
 
 



 


 
Przepadłam. Czytam i znajduję pasjonatów kamieni. Przez przypadek, od strony do strony, od linku do linku. Są ludzie, którzy o swych kamieniach mówią jak o najczulszym partnerze, jak o ukochanym zwierzaku, jak o.. o.. no słów brak. Czytam o kamieniach mających aksamitną powierzchnię, o kamieniach barwy mgły lub gołębiego błękitu, o kamieniach rozświetlonych miękkim światłem, emanujących blaskiem i niewidocznym ciepłem. O kamieniach przyprószonych ochrą, o szarościach zależnych od pory dnia lub fazy księżyca: pełni i nowiu.
 
O rany, gdy pomyślę, że dotąd kamienie były dla mnie albo białe albo szare, to czuję się tak strasznie zwyczajna.
No i tak to pęką czasem balonik rozdętego ego ;)
 
 
 
 











 

 




 
   Ku poprawie humoru nasmażyłam dzieciom naleśników z czekoladą. Wczoraj był Dzień Czekolady, świętujemy sobie zatem cały weekend, wraz z dzisiejszą Niedzielą Palmową. Czekoladowa Niedziela Palmowa - czy to nie brzmi konkurencyjnie wobec ... mlecznego błękitu otoczaków ?
 
:)
 
 
 
 
 
 
 
    Jutro będę dzwonić. Zamówię dwie tony białego grysu i zacznę działać. Kamienie przyjeżdżają w workach 50cio kilowych, razem 40 worków, a że nie powinnam dźwigać więcej niż 2 kilo zatem przede mną tysiąc przebieżek po ogrodzie w miejsce docelowe.
 
 
 
 
 
 
 
   Lato się zbliża a mi żaden więcej fitness nie będzie potrzebny. Poza tym, gdybym tak obrała sobie konsekwentnie jakąś jedną trasę z fantazyjnymi łukami, to po tysiącu kursów zrobi mi się ładna wyrazista ścieżka. No same plusy :))
 
Miłego tygodnia i dużo słońca podczas przygotowań do Wielkanocy!

piątek, 11 kwietnia 2014

Ogrodowe tête-à-tête




   
 
 
 
      Lubię kwiecień. W kwietniu jestem tak zakręcona ogrodniczo, że większość mych myśli zaczyna się lub kończy na cebulkach, nasionach czy innych sadzonkach. To zdecydowanie miesiąc relaksu dla mej głowy, która w innych porach roku przejęta zwykle różnymi zmartwieniami - w kwietniu nie ma na to zbyt wiele czasu. Inna rzecz - Bogu dziękować, że waga tych zmartwień pozwala na to, by je przyćmić ogrodniczą nadzieją: czy sadzonki dojadą całe, czy się przyjmą, czy nie za późno na wysiew słoneczników (moje zawsze kwitną ostatnie we wsi - nikt mi tego nie powiedział ale przecież wiem ;)  Poza tym dumam czy już dość ciepło na nowe krzewy i krzewinki, czy nie zetnie ich mróz-niespodzianka, czy nie za wcześnie na pelargonie, no i czy czerwone, czy może jednak białe. Tym żyję :) Mam miesiąc myślowego relaksu i głowę na urlopie od codzienności.  
 
Mam ochotę śpiewać hymny pochwalne do mych magnolii więc śpiewam. Piję kawę gapiąc się na zielone pąki bzów, czytam książki ogrodnicze i zaśmiewam się z przygód innych początkujących ogrodników (ile bym lat nie spędziła w mym ogrodzie zawsze mam wrażenie, że poziom nawet średniozaawansowany jest jeszcze hen przede mną).
 
 
 
 





 
 
 
    Czytam na przykład coś takiego: "Mam trzy poradniki ogrodowe - angielski, francuski i szwedzki - z żadnego nie mam pożytku. W szwedzkim jest pełno natchnionego pitolenia o kwiatkach, co otwierają modre oczy, stają na przezroczystych nóżkach, mają podniecające wąsy, skręcają się ze wstrętem. Francuski jest po francusku, a angielski od rzeczy. Według angielskiego trzeba czekać całe życie, żeby ogród zaczął wyglądać naturalnie. Pod warunkiem, że w tym czasie człowiek nie zajmuje się niczym innym poza jego pielęgnacją." (Bodil Malmsten Cena wody w Finistere).
 
 Chodzę i się śmieję. Razem z dziećmi, bo im też czytam fragmenty. Uczymy się ogrodu razem. W przerwach jeżdżę do pracy, robię zakupy, sprzątam, a potem znów wymykam się z domu, by babrać się w ziemi, brudzić po pachy i mruczeć pod nosem z radości.
 
Bączki też kwitną razem z roślinkami. Pytają o nazwy, śmieją się z niektórych, a innym znowuż nadają własne - no bo na przykład dlaczego tulipany to nie tulipanie Mamusiu? Nasze będą tulimamy, tulitaty, tuliOle i tuliArturki - dobrze Mamusiu?
 
- dobrze :))
 
 
 
 
 
Miłego weekendu :)
 
 
 
 

niedziela, 6 kwietnia 2014

Nasza wiosna



  Witam ciepło :)
 
  Znikłam na cały miesiąc bo pochłonęła mnie praca. Dużo się działo, wzięłam na siebie więcej niż zwykle zobowiązań ale kwiecień będzie już lepszy i mam nadzieję częściej pisać.
 
  Bączki rosną i cieszą się z wiosny. Za nami zapisy do szkoły wraz z pierwszą zapoznawczą lekcją, która bardzo im się spodobała. Pani również. To takie ważne, te pierwsze wrażenia. Buzie im się śmiały, komentarzom nie było końca. A to Mamusiu, a tamto :)





 
   Niewiele mamy dzieciaków na wsi więc dzieci przedszkolne chodzą razem ze szkolnymi do tego samego budynku - pierwszaki dzielą z przedszkolakami wspólne skrzydło, z osobnym wejściem, kameralne i kolorowe. Ich salka właściwie dopiero powstaje, jest malowana, przygotowywana na salę lekcyjną, będzie miała całkiem nowy sprzęt i ponoć - sporo instrumentów (unijne programy dla małych gmin). Jestem ciekawa, nie mniej niż dzieci. W grupie jest ich garstka. W tym znajome twarze. Oboje będą razem w klasie, pewnie nawet w tej samej ławce. Tak się cieszę, że ten szkolny start łagodny dla nich będzie. 
 
 
    W domu królują zabawy w szkołę. Luluś raz jest nauczycielką, kiedy indziej słucha swego starszego brata, który uczy ją czytać i pisać. Tablicą stała się nasza kuchenko-zmywarka, na której Arturek pisze wyrazy zmywalnym flamastrem a Luluś wybiera magnetyczne literki i dopasowuje je powtarzając na głos. Mam prawdziwych uczniów :)
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Za nami też miła uroczystość z nastrojowym koncertem
 
 
 
 


oraz piękna wycieczka w duchu PKP. Mieliśmy możliwość pozmieniać prawdziwe zwrotnice i rozregulować kolejową sygnalizację świetlną. Wesoło było :)



 
 
 
 
 
 


 
    Domowe życie zakręciło się wokół ogrodu (czasem nawet tutaj odbywają się lekcje - czytankami są na przykład paczuszki z nasionami - cóż za wyborna lektura!). Ja śmigam z kosiarką a oni deptają krecie kopczyki, sadzą poziomki i maciejkę, popisują się na huśtawkach lub grają w piłkę. Dajemy się porozpieszczać wiośnie.







Miłego tygodnia życzymy!


wtorek, 4 marca 2014

Potęga oczekiwań



    Jechałam sobie ulicą i nagle ni stąd ni zowąd wyrósł przede mną mężczyzna w pomarańczowej kamizelce. Przyhamowałam trochę zbyt gwałtownie i ominęłam go na szczęście ale zbeształam się zaraz za brak uwagi. A potem pomyślałam, że jeśli już chcę się besztać - to przecież nie za brak uwagi (bo w końcu go jednak zauważyłam i nie potrąciłam) ale za nadmiar nawyków, które rządzą moim życiem i zawężają mą percepcję. Nie spodziewałam się robót drogowych w tym miejscu (panowie dopiero rozstawiali znaki) i ten brak oczekiwań sprawił, że prawie ich nie dostrzegłam.
 
Od tych myśli popłynęłam w kierunku refleksji, że charakter oczekiwań wpływa na postrzeganie. Żadna to nowość (mam czasem takie skłonności to odkrywania ameryki w puszce, następnie ją sobie zakopuję, by potem znowu odkryć ;) Wydaje mi się, że tyle ostatnio dumam nad tym jak ułatwić Bąkom start w szkole, którą rozpoczną od września, że umysł mój podkłada mi właśnie te puszki, które warto przejrzeć ponownie.
 
I tak - zdarza nam się myśleć, że spostrzeganie jest procesem biernym, podczas gdy jest ono czynnością jak najbardziej aktywną. Najlepiej widzimy to co oczekujemy dostrzec i to co najlepiej pasuje do naszych wewnętrznych struktur i przekonań. Czyli to, co zwykliśmy dostrzegać.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Niektórzy nawet mówią (klik), że to co zwykliśmy dostrzegać wpływa na nas silniej niż to co chcielibyśmy dostrzec. Nasze pobożne życzenia przegrywają w starciu z siłą nawyku.
 
A nawyki - tadam - zmienić trudno.
Ale... zanim one powstaną... u dzieci... można je utorować... i tu... jest pole ... do popisu ... rodziców :))
 
Wysiłek włożony w to, by dziecko spostrzegało sygnały od innych mówiące o tym, że jest lubiane i szanowane może wpłynąć na samoocenę na lata. Systematyczny trening w dostrzeganiu, wyodrębnianiu i nazywaniu tych zjawisk, tych drobnych gestów i uśmiechów może wytworzyć nawyk widzenia głównie ich. Co dodatkowo ma szanse wpłynąć na relacje między dziećmi, jako że nasze traktowanie innych zależy od tego, jak ich postrzegamy.
 
 
 
 
 
 
A jako, że mamy skłonność do otaczania się ludźmi, którzy potwierdzają i umacniają naszą percepcję - można mieć nadzieję, że w przyszłości dzieci będą się otaczać głównie ludźmi, którzy ich lubią. Co znów umocni ich myślenie o tym, że są lubiani.
 
 
 
 
 
 
Ponadto wysiłek włożony w to, by dziecko postrzegało siebie jako dziecko pomysłowe i pracowite może zaowocować tym, że dziecko będzie pomysłowe i pracowite. Bo taki będzie miało nawyk myślenia o sobie.
 
I jeszcze - nawyk interpretowania rzeczywistości w pozytywnych odcieniach może stać się silną barierą dla pesymizmu.
 
 
 
 
 
 
   W życiu jak to w życiu zawsze znajdą się ludzie, którzy będą starali się skrytykować, oczernić, zdołować i poniżyć, ale miejmy nadzieję - dziecko mające głęboki nawyk myślenia o sobie w kategoriach pozytywnych - przyjmie to jako niedorzeczność, którą nawet nie warto wplatać w jakikolwiek dysonans poznawczy ;) Ponadto mając skłonność do myślenia o innych w kategoriach pozytywnych - epizod złośliwości potraktuje jako epizod właśnie a nie cechę tej osoby.
 
   Tak to sobie czytam i skrótowość tych treści sprawia, że brzmią jak nawiedzone rewelacje jakiegoś wyznawcy new-age'u w entuzjastycznym uniesieniu ale... gdzieś tam chyba ziarnko słuszności jest. Tak to już w tym życiu bywa, że nie ma jednych prostych rad sprawdzających się w każdych okolicznościach. Nie znaczy to jednak, że nie warto się nad nimi zadumać ;)
 
 
Miłego dnia i uważajcie na drogach :)
 
 
 

niedziela, 2 marca 2014

Tort "Angry birds" i wisienki tygodnia :)



"Coraz wprawniej bawię się chwilami, a ostatnio tych chwil pełen bukiet"


    Mogłabym powiedzieć podobnie :) Tydzień zaczął się od balu.
Tort "Angry birds" cieszył się powodzeniem i mamy z nim wiele miłych wspomnień.






W środku był czekoladowy, przekładany nadzieniem śmietankowym i truskawkowym. Starałam się, by skusił dzieci do zjedzenia (wiem przecież, że dzieci lubią torty ale nie bardzo lubią ich jeść :) Tym razem się udało - zniknął :)) 






 
     Wyjątkowe były także następne dni. Zabraliśmy się z K. w jego podróż służbową i podczas gdy On pracował, my szaleliśmy po Krakowie :)







Pojechaliśmy samochodem ale i tak pierwsze kroki poczyniliśmy w kierunku dworca kolejowego by nagapić się na pociągi :) Po drodze były też tramwaje, dorożki i meleksy - jednym słowem same ochy i achy :) Mega furorę robiły gołębie. Podobnie jak Bąkom - bardzo smakowały im bajgle kupowane co chwilę. Luluś na moją prośbę, by już przestała je dokarmiać - powiedziała, że nie była tu na Balentynki (tak mówi - co uwielbiam ;) więc musi chociaż tak sprawić im trochę przyjemności :)
 










W Sukiennicach namówili mnie na zakup szachów. Mają ostatnio kręćka na ich punkcie a ponieważ z braku takowych rysują sobie na kartce szachownice i grają klockami lub zakrętkami - uległam :)






Reguły są oczywiście dość dowolne ;) autorskie :))






Kraków jest fantastyczny o każdej porze roku. Arturek podsumował, że wycieczka była wspaniała ale "spacerowita" :)))





 
 
   Powrót do pracy po wolnym dniu także sprawił niespodziankę. Dostaliśmy zaproszenie do małych labradorków. Zaprzyjaźniona suczka - kochana psia terapeutka pracująca z chorymi dziećmi została mamą :)) Luluś rozkochana w maleństwach mówi, że jak dorosną to ona będzie z nimi pracowała jako dogoterapeutka :) Nie mamy nic przeciwko ale zdaje się, że mówiła ostatnio (klik), że jej przyszłość to pieczenie tortów ;)
 







W tygodniu miałam też miły babski wypad do miasta na kawkę i pogaduchy wokół najgorętszego aktualnie tematu u nas - spotkania klasowego 20 lat po maturze!!







To już tyle minęło? Ups.. Termin - początek maja. Oj, będzie się działo! Do spotkania dwa miesiące. Pora się za siebie wziąć :)
 
  Myśli o spotkaniu osób, których tak bardzo długo nie widziałam, a które tak bardzo lubiłam sprawiły, że śnią mi się teraz na okrągło sny jak siedzimy razem, rozmawiamy, żartujemy. Czuję się w tych snach jakby nie było tych dwudziestu lat. Jesteśmy sobie bliscy, otwarci, nie ma tych krępacji, które pewnie pojawią się w realu. A może nie? Może od razu wróci to co było. Nie, pewnie to niemożliwe, ale byłoby to coś naprawdę wartego przeżycia. Z tego względu pójdę na to spotkanie. Móc na chwilę, choć na mgnienie, poczuć klimat tamtych lat.
 
Na marginesie dodam, że główny koordynator spotkania (nawiasem mówiąc - moja pięcioletnia sympatia) poinformował, że każdy ma przed spotkaniem obejrzeć Wilka z Wall Street ;)
Czego ja się jeszcze dowiem? :)))

 
   Tydzień sprawił mi tyle radości, że uległam prośbom mej córki, by sprawić jej wiosenny płaszczyk podobny do mojego. Udało się okazyjnie, na Allegro, także Arturek dostał jeden - sam chciał, co mnie miło zaskoczyło :)
 
Ustrojeni w te płaszczyki pojechaliśmy na rodzinną uroczystość:























 
 
 
 
Przed nami jeszcze jedna imprezka, dzisiejsza, tak więc lecę wyszykować towarzystwo :)
 
Miłego tygodnia! Zrobiło się naprawdę wiosennie :) Jak ja kocham taką pogodę! :)


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...